piątek, 12 maja 2017

W górach jesteśmy tylko turystami

Andrzej to radiowiec. – Dla mnie radio tworzą pasjonaci. Nie interesuje mnie bezmyślny DJ, który puszcza co każą. Dzisiejsze audycje ratują tylko programy autorskie – mówi zachrypnięty. Bo z radiem jest jak z górami – żeby zrozumieć czym są, trzeba umieć słuchać.


Dzień 1.

Wyjechaliśmy z Kielc. To już tradycja, że na początku maja chcemy być bliżej natury. Rok temu duszpasterstwo akademickie FRAncesco wybrało sztukę przetrwania, rozładowane komórki i mycie rzeczne. We wcześniejszych latach byłem w stronnictwie propagującym bardziej cywilizowane warunki. Często nasze wyjazdy kończyły się na sprawdzonych bernardynach i ich zakopiańskim klasztorze w okolicach Kuźnic. 

W tym roku nie chciałem jechać. Dodatkowo przez połowę drogi myślałem tylko, żeby nie zwymiotować. Po przyjeździe do kapucyńskiej Pyzówki, padłem. Nie mogłem zasnąć. W słuchawkach słuchałem Dziejów Apostolskich przygotowanych w słuchowisku „Biblia Audio Superprodukcja”. Zasnąłem po 3.

Dzień 2.

Każdy dobra audycja zaczyna się od autorskiego pomysłu. Pasjonat przynosi płyty odkryte w ciągu ostatniego tygodnia. Muzykę przerywa tylko na anegdoty, opinie, przekazanie emocji. Dobry radiowiec wie, że w studiu ma być statywem. Ważne, żeby poprawnie budował zdania, przykuwał słuchacza barwą głosu, miał coś ciekawego do powiedzenia. Jednak jego rolą sprowadza się do zbudowania dobrego tła. Od statywu ważniejsze jest, co podtrzymuje. Radiowiec pozwala muzyce, rozmówcy, tematowi płynąć. Jest nośnikiem, a nie tematem audycji.  

Zestaw obowiązkowy w górach tworzą: buty górskie, płaszcz przeciwdeszczowy, nakrycie głowy, plecak, śpiwór, woda. Musiałem się przepakować. Mieliśmy spędzić cały dzień na szlaku. Zagrałem na życiowej loterii, bo z jednej strony nie czułem się dobrze po wczorajszym dniu, z drugiej nie chciałem zostać w ośrodku. Pierwiastek męski wygrał i po śniadaniu wyruszyliśmy w góry. Po wejściu na Turbacz wiedziałem, że już jest lepiej. W schronisku każdy odpoczął. Schodząc, modliliśmy się różańcem. Wieczór był zarezerwowany na świętowanie urodzin i granie w planszówki. Niektórzy za bardzo wzięli sobie do serca „świętowanie” i w nocy budzili wszystkich, nie mogąc trafić do swojego łóżka. 

Dzień 3.

Góry brzmią. Wydają dźwięki. Mówią. Turyści mijają odgłosy spadających igieł, przelatujących ptaków, pobliskich strumieni. W zależności od pory roku z każdym krokiem słyszą refren, w zimie skrzypiącego śniegu, w lecie pocierających o siebie kamieni. W górach zawsze jesteśmy turystami. Nie znamy ojczystego języka górskich pasm. Tłumaczymy go sobie na uczucia. Zaczynamy mówić. Kto nie szukał rozwiązania problemów w drodze na szczyt? Inaczej nasz głos rozchodzi się w lesie, inaczej na hali, czy turni. Inne echo usłyszymy przy jeziorze, a inne w jaskini. Akustyka gór pozwala również na osiągnięcie dźwięku najbardziej pożądanego – ciszy. Ten moment zejścia, zmęczenia, przemyślenia przeszłości, obgadania aktualności. Gdzie już przestaje się liczyć cokolwiek poza marszem, oddechem, spokojem. Może właśnie wtedy można usłyszeć Boga, albo przynajmniej prawdę o sobie samym? 

Niedzielę zaczęliśmy od Mszy. W kościelnych głośnikach wybrzmiał jeden z lednickich przebojów. Po nim ksiądz rozdał wszystkim małe karteczki. W ramach tygodnia biblijnego wybieraliśmy Słowo. Przyjaciel przezywał znajomego „ Żydek”, dlatego grupowy uśmiech wywołał mój fragment  ­– „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście KIMŚ jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 27-29). Po nim dostałem Psalm 27, w tym ważny dla mnie 2. werset: „Pan światłem i zbawieniem moim: kogóż mam się lękać? Pan obroną mojego życia: przed kim mam się trwożyć?”. Po śniadaniu pojechaliśmy do Nowego Targu. Część osób wybrała termy, część poszła na spacer. Cztery poszły na basen. Po tradycyjnych lodach, wróciliśmy na gry niedokończone.

Dzień 4.

O poranku obudził mnie Grzesiu. Razem z Sylwią mieliśmy dyżur przy śniadaniu. Odgrzewaliśmy to, co zostało z ostatnich dni. Później wspólne zmywanie i sprzątanie domku. Na powrót dostałem miejsce z Andrzejem, wspomnianym we wstępie radiowcem i jego żoną. Dzielili się, że mieli obawy, czy odnajdą się w tak młodym towarzystwie. Okazało się, będąc dwa razy starsi, szybko złapali z nami kontakt. Niektórych nazywali „synami” i „córkami”. Cieszyli się, że nasze pokolenie ma jeszcze coś dobrego w głowie. Drogę przegadaliśmy. Z Andrzejem o muzyce, radiu i pasji w życiu. Z Iwoną, katechetką o reformie edukacji, poziomie nauczania religii w szkole i dzisiejszej młodzieży. Beskidy pożegnaliśmy wzrokiem. Przecież byliśmy tam tylko turystami.   

Czemu co roku wracam w góry? Bo dopiero schodząc ze szczytu, gdy ubrania przesiąkną potem, batony się skończą, a zmęczenie w nogach przestawi się na tryb „nieskończoność”, uświadamiam sobie, po jaką cholerę to robię. Chcę znowu przejść najtrudniejszą drogę. Jakieś 40 centymetrów dzielące rozum od serca.   

– – –